Czy pójdzie mi lepiej niż Victorii B?
19/07/2011, wtorekWalencja
Czy pójdzie mi lepiej niż owego czasu Wiktorii B w Hollywood? W ciągu jednego dnia muszę znaleźć mieszkanie i szkołę. Fryzjera już mam.
Uderza to, co inne. Spokój, cisza, opustoszałe ulice, zamknięte bary. Spokój, który nie ma nic wspólnego ze spokojem u nas. U nas jest przestrzeń, nie ma stresu, nerwów, szybkiego tempa. Ale jest życie. Czasem głośne, czasem ciche, ale zawsze pełne energii. Tu jest spokój, ale zdaje się, że nie ma życia. Sklepy i bary są pozamykane. Nie ma ludzi. Nie widać ich. Nie słychać. W żaden sposób nie czuć ich obecności za ścianami domów. Nie jeżdżą samochody.
Uderza najbardziej, że za chwilę, znaczy za chwilę, a nie za godzinę, jutro lub wcale. Przyjechawszy tu po raz pierwszy i nikogo nie znając, można w ciągu jednego dnia obejrzeć parę mieszkań. To znaczy, jest to technicznie, organizacyjnie i konceptualnie, przede wszystkim konceptualnie możliwe. Jednym słowem, sprawy toczą się w zwykłym, znanym nam, europejskim rytmem.
Jeśli zadajesz pytanie, otrzymujesz odpowiedź, mniej lub bardziej konkretną, ale zwykle jest to odpowiedź na Twoje pytanie. Problemy mają swoje rozwiązania i te rozwiązania są zwykle dostępne dla większości ludzi. Problemy to są tylko po to, żeby było o czym opowiadać przez następnych parę godzin, na co żalić się lub z czego się śmiać razem ze swoim sąsiadem, kuzynem czy nieznaną wcale osobą poznaną przed chwilą w zapełnionym ponad granice możliwości barze. Ludzie generalnie nie mają tu w zwyczaju mówić bez końca, nie przekazując jednocześnie żadnej treści, nie wspominając już o odpowiedziach na zadane pytania.
Świat zdaje się być bardziej dopowiedziany. Nie ma tu niekończących się przestrzeni nieokreśloności, tak właściwych dla zachodniej Hiszpanii. Krainy bez formy i poza czasem, gdzie sprawy nabierają tempa jutro, za tydzień lub wcale i nigdy nie są proste, ani do końca jasne. Gdzie czas toczy się własnym rytmem, jakby bocznym torem i bez większej dbałości o całość, a wszystko zależy od kuzynów, sióstr, tego, czy jest zimno czy ciepło i paru innych, pozbawionych znaczenia rzeczy.
Może to przez tę bryzę od morza, która łagodzi fale upału.
Potem w barze proszę o tinto de verano, a kelnerka mówi mi, że nie ma. Nie ma tinto de verano!! To tak, jakby w Polsce powiedzieć, że nie ma herbaty.
Albo na stacji metra na lotnisku. Wkładam bilet do bramki, a ta go wypluwa. Okazuje się, że trzeba włożyć paskiem do góry. Dobrze, wkładam paskiem do góry, ale maszyna znowu wypluwa bilet i piszczy. Mruczę pod nosem ‘A tobie co się dzieje?’, mając na myśli oczywiście maszynę. Podchodzi ochroniarz. Okazuje się, że mało, że paskiem do góry, to jeszcze strzałką do środka. Nie wiedziałam nawet, że jest tam strzałka. Na mój gust, przerost formy nad treścią. Ochroniarz, z uśmiechem na ustach dodaje, – Maszynie nic się nie dzieje. To TY źle wkładasz.
Opowiadam to potem p, a on nie może przestać się śmiać. Oczywiście, że nie. U nas to by było nie do pomyślenia. Tak komuś powiedzieć. Tak nawet pomyśleć. Jeśli maszyna nie działa, piszczy i wypluwa, niezależnie od tego, czy słusznie, czy nie, to znaczy, że coś JEJ się dzieje, że jest popsuta, źle zrobiona, fatalnie zaprojektowana, albo że jest za gorąco lub za zimno, żeby mogła działać poprawnie. My jesteśmy wspaniali. Reyes de la calle. Nieomylni. Nie popełniamy błędów, nie wkładamy biletów w niewłaściwy sposób. Jeśli coś nie działa, albo zawodzi, to znaczy właśnie, że nie działa i zawodzi. W żadnym razie to nie nasza wina. Jeśli nie widzimy strzałki, to nie dlatego, że jesteśmy mało spostrzegawczy, ale dlatego, że nie poinformowano nas należycie, na co należy zwracać uwagę…
Wiatr. Przez ostatnie dwa lata nie poczułam na swojej skórze tyle wiatru, co tutaj przez parę godzin. Podmuchy zrzucają ze stołu puste puszki po coca coli, przewracają książki, nawiewają wilgoć. Może to właśnie wiatr wydmuchuje stąd zastój. Utrzymuje sprawy w ruchu. Toczy energię. Tam, gdzie jest dużo słońca, jest bezruch. Przestrzeń, ludzie, zwierzęta oszczędzają energię. Minimalizują ruch, wsiąkają w miejsca i stają się stężali. Być może to właśnie wiatr decyduje o wszystkim. Eliminuje martwotę, wymiata stare, nawiewa nowe. Przesuwa rzeczy, sprawy, ludzi w przestrzeni. Pilnuje, żeby czas toczył się płynnym rytmem.
Może to też morze. Z definicji zmienne, niesentymentalne, aktywne, które nie ma nic wspólnego z pasywnością, z biernością ziemi, zwłaszcza ziemi rozgrzanej nieustannym słońcem. Tu nie ma ogromnych przestrzeni. Zaledwie kawałek lądu, oddzielony od interioru górami.
Obcokrajowcy. Przez ostatnie dwa lata nie widziałam ich tylu, co tutaj przez parę godzin. Są już w pociągu z Walencji. Mówią po angielsku, niemiecku, rosyjsku, polsku. Niektórzy są w plażowych klapkach, z plecakami. Wyglądają na typowych turystów. Inni być może tu mieszkają. Podobno w górach jest ich wielu, tam im się bardziej podoba. Kupują domy i przenoszą się na emeryturę.
Cywilizacją. Czuć ją w powietrzu. To już nie jest koniec świata.
