Czy pójdzie mi lepiej niż Victorii B?

19/07/2011, wtorek

Walencja

Czy pójdzie mi lepiej niż owego czasu Wiktorii B w Hollywood? W ciągu jednego dnia muszę znaleźć mieszkanie i szkołę. Fryzjera już mam.

Uderza to, co inne. Spokój, cisza, opustoszałe ulice, zamknięte bary. Spokój, który nie ma nic wspólnego ze spokojem u nas. U nas jest przestrzeń, nie ma stresu, nerwów, szybkiego tempa. Ale jest życie. Czasem głośne, czasem ciche, ale zawsze pełne energii. Tu jest spokój, ale zdaje się, że nie ma życia. Sklepy i bary są pozamykane. Nie ma ludzi. Nie widać ich. Nie słychać. W żaden sposób nie czuć ich obecności za ścianami domów. Nie jeżdżą samochody.

Uderza najbardziej, że za chwilę, znaczy za chwilę, a nie za godzinę, jutro lub wcale. Przyjechawszy tu po raz pierwszy i nikogo nie znając, można w ciągu jednego dnia obejrzeć parę mieszkań. To znaczy, jest to technicznie, organizacyjnie i konceptualnie, przede wszystkim konceptualnie możliwe. Jednym słowem, sprawy toczą się w zwykłym, znanym nam, europejskim rytmem.

Jeśli zadajesz pytanie, otrzymujesz odpowiedź, mniej lub bardziej konkretną, ale zwykle jest to odpowiedź na Twoje pytanie. Problemy mają swoje rozwiązania i te rozwiązania są zwykle dostępne dla większości ludzi. Problemy to są tylko po to, żeby było o czym opowiadać przez następnych parę godzin, na co żalić się lub z czego się śmiać razem ze swoim sąsiadem, kuzynem czy nieznaną wcale osobą poznaną przed chwilą w zapełnionym ponad granice możliwości barze. Ludzie generalnie nie mają tu w zwyczaju mówić bez końca, nie przekazując jednocześnie żadnej treści, nie wspominając już o odpowiedziach na zadane pytania.

Świat zdaje się być bardziej dopowiedziany. Nie ma tu niekończących się przestrzeni nieokreśloności, tak właściwych dla zachodniej Hiszpanii. Krainy bez formy i poza czasem, gdzie sprawy nabierają tempa jutro, za tydzień lub wcale i nigdy nie są proste, ani do końca jasne. Gdzie czas toczy się własnym rytmem, jakby bocznym torem i bez większej dbałości o całość, a wszystko zależy od kuzynów, sióstr, tego, czy jest zimno czy ciepło i paru innych, pozbawionych znaczenia rzeczy.

Może to przez tę bryzę od morza, która łagodzi fale upału.

Potem w barze proszę o tinto de verano, a kelnerka mówi mi, że nie ma. Nie ma tinto de verano!! To tak, jakby w Polsce powiedzieć, że nie ma herbaty.

Albo na stacji metra na lotnisku. Wkładam bilet do bramki, a ta go wypluwa. Okazuje się, że trzeba włożyć paskiem do góry. Dobrze, wkładam paskiem do góry, ale maszyna znowu wypluwa bilet i piszczy. Mruczę pod nosem ‘A tobie co się dzieje?’, mając na myśli oczywiście maszynę. Podchodzi ochroniarz. Okazuje się, że mało, że paskiem do góry, to jeszcze strzałką do środka. Nie wiedziałam nawet, że jest tam strzałka. Na mój gust, przerost formy nad treścią. Ochroniarz, z uśmiechem na ustach dodaje, – Maszynie nic się nie dzieje. To TY źle wkładasz.

Opowiadam to potem p, a on nie może przestać się śmiać. Oczywiście, że nie. U nas to by było nie do pomyślenia. Tak komuś powiedzieć. Tak nawet pomyśleć. Jeśli maszyna nie działa, piszczy i wypluwa, niezależnie od tego, czy słusznie, czy nie, to znaczy, że coś JEJ się dzieje, że jest popsuta, źle zrobiona, fatalnie zaprojektowana, albo że jest za gorąco lub za zimno, żeby mogła działać poprawnie. My jesteśmy wspaniali. Reyes de la calle. Nieomylni. Nie popełniamy błędów, nie wkładamy biletów w niewłaściwy sposób. Jeśli coś nie działa, albo zawodzi, to znaczy właśnie, że nie działa i zawodzi. W żadnym razie to nie nasza wina. Jeśli nie widzimy strzałki, to nie dlatego, że jesteśmy mało spostrzegawczy, ale dlatego, że nie poinformowano nas należycie, na co należy zwracać uwagę…

Wiatr. Przez ostatnie dwa lata nie poczułam na swojej skórze tyle wiatru, co tutaj przez parę godzin. Podmuchy zrzucają ze stołu puste puszki po coca coli, przewracają książki, nawiewają wilgoć. Może to właśnie wiatr wydmuchuje stąd zastój. Utrzymuje sprawy w ruchu. Toczy energię. Tam, gdzie jest dużo słońca, jest bezruch. Przestrzeń, ludzie, zwierzęta oszczędzają energię. Minimalizują ruch, wsiąkają w miejsca i stają się stężali. Być może to właśnie wiatr decyduje o wszystkim. Eliminuje martwotę, wymiata stare, nawiewa nowe. Przesuwa rzeczy, sprawy, ludzi w przestrzeni. Pilnuje, żeby czas toczył się płynnym rytmem.

Może to też morze. Z definicji zmienne, niesentymentalne, aktywne, które nie ma nic wspólnego z pasywnością, z biernością ziemi, zwłaszcza ziemi rozgrzanej nieustannym słońcem. Tu nie ma ogromnych przestrzeni. Zaledwie kawałek lądu, oddzielony od interioru górami.

Obcokrajowcy. Przez ostatnie dwa lata nie widziałam ich tylu, co tutaj przez parę godzin. Są już w pociągu z Walencji. Mówią po angielsku, niemiecku, rosyjsku, polsku. Niektórzy są w plażowych klapkach, z plecakami. Wyglądają na typowych turystów. Inni być może tu mieszkają. Podobno w górach jest ich wielu, tam im się bardziej podoba. Kupują domy i przenoszą się na emeryturę.

Cywilizacją. Czuć ją w powietrzu. To już nie jest koniec świata.

Inny świat

14/02/2011, poniedziałek

            Spokój, cisza, powolny rytm i opóźnienia. Ludzie mają na twarzach morze. Metro odjeżdża, kiedy się zapełni.

             Moje ciało znowu robi mi to samo. Już na dwa dni przed wyjazdem odczuwam ociężałość, nieokreśloną niechęć. Szukam wymówek, żeby nie jechać. Potem w drodze i na lotnisku, jest tylko gorzej. Czuję się, jakbym ważyła tonę. Przemieszczam się w przestrzeni. Jadę samochodem z M do S. Wsiadam do samolotu, lecę do W. Przesiadam się w metro, potem w pociąg. Ale ciało zdaje się zostawać w tyle. Wlecze się za mną ociężałe. Czuję irytację, zmęczenie. Z trudem rejestruję obrazy za oknem pociągu, bo wciąż opadają mi powieki.

            Ciało chce zostać.

            Woli sady oliwne i spłowiałe stepy. Bezpretensjonalnych ludzi, wszechobecne słońce. I zdający się nie mieć końca rytm bycia w zawieszeniu między niczym a niczym. Oczekiwania na coś, co być może nigdy się nie wydarzy. W miejscu, które jest tak daleko od naszego świata, że pewnie nawet nie ma go naprawdę.

To przychodzi z czasem

14/01/2011, piątek

 

Możecie głosować na blog Fiesta i sjesta w Konkursie ONET Blog Roku 2010. Trzeba tylko wysłać smsa o treści D00161 na numer 7122.

 

Byliśmy na campo u T. W miejscu, w którym można się - inaczej się tego nie da powiedzieć, zakochać od pierwszego wejrzenia. Drzewa oliwne, a za poszarpanymi wzgórzami zachód słońca, różowawy, ale nie kiczowaty.

Dom T, już w stanie surowym, z kominkiem i kamiennymi wykończeniami. Młode psy, dojrzewające cytryny. Błękit basenu i spokój miejsca oddalonego od centrum zamieszania. Działka obok do kupienia teren. Ileś tam tysięcy euro, drzewa oliwne, mała górka, akurat do postawienia domu i zachód słońca różowawy, ale nie kiczowaty. Dalej gasnące, poszarpane wzgórza.

Przyjechać tu, było jak igrać z ogniem. Takie miejsca nie są stworzone do tego, żeby je naprędce opuszczać. Trudno było dać się przyjąć – pomimo, że od początku byliśmy więcej niż mile widziani. Takie miejsca mają swój rytm, humory, zwyczaje. Albo je znasz i jest ci dobrze, albo nie nic rozumiesz, a potrzeba zrozumienia jest tak silna, że napotykasz na ścianę. Pytasz, nie dostajesz odpowiedzi. Szukasz, nic nie znajdujesz. Chcesz poznać ludzi, ale tylko się od nich oddalasz. Odbijasz się niczym zbytnio napompowana piłka. Na oślep, marnując energię.

To przychodzi z czasem. Któregoś dnia orientujesz się, że już nie potrzebujesz rozumieć, wiedzieć, znaleźć. Po prostu czujesz, że jest lub nie właściwa pora, albo że tak jest dobrze, a tak źle. Nasiąkasz tym powoli ale w sposób nieunikniony. Pamiętam rozmowy parę lat temu, o Madrycie, o dużych miastach, jak tam jest nie fajnie, jakie tempo, hałas i korki.

Pamiętam siebie jak patrzyłam na moich rozmówców z politowaniem, ja, zwierzę wielkomiejskie, myśląc sobie po cichu, – Mięczaki. Nie wiedzą, co to życie w metropolii usłane przedszkodami dnia codziennego. Być może nie pracowali w żadnej globalnej korporacji o niejasnych celach istnienia. Nie ścierali się z bandą półgłówków międzynarodowej maści, nie walczyli o przeżycie w wielkim, pustym plastykowym świecie sprzedawanym na wynos, podgrzewanym w mikrofali, w promocji dwa za jeden. Słabeusze.

Męczą ich korki, hałas. Dobrze, też nie lubię hałasu, myślałam wtedy, ale nie potrafię zwolnić tak bardzo, żeby żyć bez tego, co daje duże miasto. Dostępności do tego, czego, nie musisz, ale możesz potrzebować. Części zapasowych do komputera, zajęć jogi, lotniska, teatru. Anonimowości ulic i prania gotowego w godzinę. Nie mówiąc o jedzeniu na wynos i sklepach otwartych w niedzielę. Tak wtedy myślałam.

Potem było wiele miesięcy ścierania się. Obserwowałam siebie złoszczącą się w kolejce w sklepie, że obsługiwanie jednej osoby trwa wieczność. Obserwowałam siebie powoli poddającą się bezlitosnej logice miejsca. Nie da rady szybko, albo nie da rady w ogóle. Brzmi idiotycznie, ale bywało strasznie. Jednocześnie moje próby zrozumienia miejsca, wolnego rytmu i zwyczajów były w większości nieudane. Rozbijały się o próżnię.

Aż nagle, lub stopniowo, nie pamiętam już dobrze, życie zaczęło toczyć się gładko i płynnie. Wciąż wolno, momentami  nabierało jednak ogromnego przyspieszenia. Bo to jest tak, że czasem tygodniami czegoś szukasz lub próbujesz załatwić coś ważnego. Wydaje się, że nigdy się nie uda. Aż przypadkowo spotykasz znajomych, strumień świadomości na każdy temat. Następnego dnia rano sprawa jest gotowa na cacy.

Jeszcze później nadchodzi taki moment, że kiedy jedziesz do Madrytu na week end, wracasz zmęczona nie wiadomo nawet dokładnie, czym. Irytują cię ludzie na ulicach, wiecznie gdzieś biegnący. Ruch, który zdaje się nie mieć końca. W M między trzecią a piątą nad ranem – z wyjątkiem wakacyjnych week endów, ale wtedy też tylko w centrum – panuje absolutna cisza. Nie szczekają nawet psy. Nie przejeżdża żaden samochód. Miasto śpi. W Madrycie, który poniekąd jest wspaniałym, fascynującym miastem, to nie ulega wątpliwości, pełnym sztuki, kultury i fantastycznych barów, dziwi Cię, że na ulicach, w restauracjach i w sklepach nikt nie chce z Tobą rozmawiać. Ludzie nie patrzą ci nawet w twarz.

A parę tygodni lub miesięcy później, czujesz, że jesteś stąd bardziej niż z Warszawy, czy jakiegokolwiek innego miejsca na świecie. Jakby nie patrzeć tu jest twój dom; znasz ludzi i to stanowi o to tobie. Znasz miejsce, rozumiesz je, nie potrzebujesz odszyfrowywać go jakbyś była na niekończących się wakacjach. Szyfr masz we krwi.

I kiedy wiesz, że niedługo wyjeżdżasz, masz ochotę kupić ten kawałek terenu obok domu T, wybudować sobie własny domek z kominkiem i kamiennym wykończeniem, i zostać tam do końca życia lub jeszcze dłużej wpatrzona w różowe zachody słońca – choćby nawet miały być kiczowate, i wystrzępione wzgórza za rzeką. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać brak lotniska – a po co komu lotnisko?, brak teatru, dużych sklepów, zajęć jogi i intrygującego rytmu dużego miasta. Masz ochotę to zrobić, bo wiesz, że jeśli wyjedziesz, już nigdy nie wrócisz. Dasz się znowu porwać demonowi tempa, spraw, intryg i wielkomiejskich, pustych w środku marchewek.

Niemożność sklejenia świata

11/01/2011, wtorek

 

Możecie głosować na blog Fiesta i sjesta w Konkursie ONET Blog Roku 2010. Trzeba tylko wysłać smsa o treści D00161 na numer 7122.

Żeby to zrozumieć, musiałam wyjechać, a następne wrócić tu od wschodu, a nie jak zwykle od północy lub zachodu. Przez długi czas nie mogłam pojąć, czemu wyruszyli właśnie stąd. Wytłumaczenia, że byli biedni, wymęczeni latami arabskiej okupacji i morderczej rekonkwisty, były dobre, ale nie oddawały sedna sprawy. W tamtych czasach bieda była przecież wszędzie.

Nie dawało mi to spokoju. A przecież Estremadura to kolebka konkwistadorów. To stąd wyjechał Pizzaro na podbój Peru, a wielu innych udało się za nim lub przed nim, zauroczonych snem o Nowym Świecie.

Dzisiaj, kiedy po krótkiej podróży, wróciłam do Méridy od wschodu, a nie jak zwykle od północy lub zachodu, zrozumiałam, że tylko tu, na tych ziemiach i już nigdzie indziej, prócz może, a raczej na pewno Andaluzji, istniała od zawsze ta niedosłowność, desperacja, absolutna niemożność sklejenia świata do kupy. Wilgoć, upał, zimno lub kto, wie co jeszcze, co wisi tu w powietrzu od zawsze.

Dla kogoś, kto żyje w takim do szpiku kości fantasmagorycznym i niesprawiedliwym świecie, odsuniętym na bok, pozbawionym historycznych szans, wyjazd do Nowego Świata musiał jawić się jako możliwość bez precedensu na poprawienie status quo. Wyrównanie szans z losem. I tak było. Podbój Ameryki stał się dla konkwistadorów z Estremadury prawdziwą żyłą złota. Za fortuny, które przywożono z podbitych terenów w Ameryce południowej powstały pałace, rezydencje, hacjendy.

Później fortuny skruszyły się równie szybko jak powstały, bo przecież na tych ziemiach nic nie jest dane na zawsze. Upał, wilgoć, zimno i ta wszechobecna niedosłowność, absolutna niemożność sklejenia świata do kupy.

Chleb z oliwą

11/01/2011, wtorek

Stoję zauroczona w sklepie i słucham pozornie bezsensownej rozmowy o chlebie. Kupuję jeden. Sprzedawczyni mówi,

 - Weź drugi, jest bardzo dobry.

- Tak?

- Wspaniały, ja bym mogła jeść tylko chleb.

- Ja też. Może czasem trochę makaronu i ryżu.

- A ja tylko chleb z oliwą.

Kobieta za mną dodaje, – O ja podobnie. Nie ma nic lepszego niż świeży chleb z oliwą.

Pozwalam się temu wsączać we mnie. Jednocześnie odnajduję w pamięci wspomnienia dziesiątek, setek takich, pozornie błahych rozmów. O chlebie, o cieciorce, o zębach mojego syna, o mgle nad rzeką i znów o chlebie, oliwkach i oliwie. To jest dźwięk tego miejsca. Chłonę go każdą komórką ciała, bo na poziomie komórkowym to jest właśnie esencja hiszpańskości.

Robię sobie z tego własną, prywatną medytację, rozkładając proste czynności i błahe rozmowy na części pierwsze. Staram się poczuć raczej niż zrozumieć ich głębszy sens i porządek. Poczuć bardziej niż zrozumieć, czym różni się on od porządku w mojej szerokości geograficznej. Tak, jak stroi się instrumenty lub kalibruje broń. Trzeba dostroić się do wibracji.

Click wciąż nie było.

Share/Bookmark

Czekajac na click

09/01/2011, niedziela

Lądujemy nocą. Rozpoznaję znajome kształty w wyszczerzonych światełkach. Wydają się spokojne.

Następnego dnia boli mnie całe ciało. Kości, stawy, mięśnie, nerwy rejestrują zmianę na poziomie komórkowym. Nie rozpoznają miejsca z tą samą szybkością, z jaką rozpoznaję je ja. Zdają się nie wiedzieć, że już kiedyś tu były. Nie rozpoznają mostu, starego rzymskiego akweduktu, ani parku nad rzeką. Ciało, obolałe i siłą wyrwane z domu, cierpi.

Ponad dwa lata temu przyjechałam do M rozpędzona, prosto z dużego miasta. Nie wiedziałam, że zmiana następować będzie we mnie powoli i że będzie nużąca. Teraz liczyłam na to, że zestroję się zaraz po przyjeździe. Coś we mnie automatycznie zaskoczy, zapadka od zmiany miejsc i rytmów, czy coś takiego, usłyszę click i będzie po wszystkim. Ale nie. Wydaje się, że jest to proces, który dzieje się poza mną. Zupełnie ode mnie niezależny. Nie mam na niego wpływu, ani nie mogę przyspieszyć go siłą postanowienia. Coś we mnie działa według wielkomiejskiego tempa. Irytuje się, kiedy siedzę i – pozornie - nic nie robię. Irytuje się, kiedy mój dzień wypełnia jedynie jedna krótka wizyta u znajomych i zakupy w Carrefourze. Przecież tyle rzeczy można by w tym czasie zrobić! Irytuje mnie, że tak wolno pracuję; że nawet kupienie żarówki do łazienki przekładam na jutro, bo jutro, kiedy pojadę do T, będę miała po drodze sklep z żarówkami. A przecież tu wszystko jest po drodze i wszędzie jest blisko!

Dwa tygodniej później znowu choruję. W ciągu ostatnich paru dni połknęłam więcej tabletek przeciw bólowych niż w całym moim życiu, ale nie pomogło. Podobno to taki wirus. Nie wierzę. Moje ciało odrzuca przeszczep otoczenia. Nie przyjąl się i wdarło się zakażenie. Jednak tu nie należę. Choć nie wiem, jak bym chciała, moje ciało czuje, że to jest coś innego.

Inny świat. Dla niepoznaki mają tu Carrefoury, baterie słoneczne, Zarę, szklane budynki, inteligentne domy i najdroższe samochody. Dla niepoznaki, bo naprawdę jesteśmy na krańcach świata i są to krańce właśnie dlatego, że to jest nasz świat, Europa, Hiszpania, wspólne korzenie i dziedzictwo. Nie jesteśmy przecież w Afryce ani Azji, miejscach z definicji innych. Jesteśmy w nowoczesnej, demokratycznej i prącej do przodu Hiszpanii, gdzie śluby homoseksualne nikogo nie dziwią, pożary gaszą razem ze strażakami strażaczki, w procesji na Trzech Króli jest dwóch króli i jedna królowa, albo nawet dwie, a tron odziedziczy po swoim ojcu księciu Asturii Filipie jego pierwsza córka infantka Eleonora. Dlatego to miejsce tak dziwi, bo jednak w trudnym do zdefiniowania sensie tkwi na obrzeżach nowoczesnego, demokratycznego, plastykowego świata, który potrafimy zapakować na wynos i sprzedawać w fast foodach lub on line. Sama jestem zwierzęciem bardziej wielkomiejskim niż miejskim, a już zupełnie nie wiejskim, tak po prostu nam, bo taka jest moja historia, a nie upodobania, ale tu nigdy nie będę pasować nie tylko dlatego, że to nie jest duże miasto. Nawet jeśli zapomnę, moje komórki będą pamiętać, że prawdopodobnie w którymś końcu swojego kodu, w jakimś nierozpoznanym jeszcze genie tożsamości mają wpisane wierzby i zakola rzek, malkontenctwo. Inną historię.

Na to nie pomogą tabletki.

Share/Bookmark

Week-end za miastem

07/01/2011, piątek

 

Zjeżdżają się po południu. Z impetem, energicznie wysuwają się z samochodów. Są z Badajoz. Jesteśmy trochę rozczarowani, bo liczyliśmy na madrileños. Pojawiają się w odstępach 10 -15 minut. Obowiązkowe parę minut na powitanie każdego z każdym, flujo de palabras, strumień świadomości na temat słowa Mérida…

ten był w Meridzie rok temu, tamtemu popsuł się samochód, kiedy jechał do A z B przez C, a może nawet obok Meridy, i wtedy padało, albo nie padało, zjadł, nie zjadł, bo było bardzo gorąco, ale tutaj nie jest tak gorąco, dlatego dużo ludzi z Meridy przyjeżdża tu na week endy, a jego babcia, kiedyś tam mieszkała tam, więc często do niej jeździł, bo mieszkał albo nie mieszkał tam też jego kuzyn, ale teraz nie mieszka już na pewno, więc dla odmiany jeżdżą do … Słucham z rozkoszą, naprawdę, zachwyca mnie to wciąż tak samo. Fascynuje mnie ten rodzaj oddziaływania międzyludzkiego, międzycząsteczkowego, który jest nieodwracalny jak rozchodzenie się gazów i prawa fizyki.

Na tym kończy się jednak nasze synchro, bo oni giną nagle w swoich pokojach i wynurzają się pół godziny później w barze – do tej pory zamkniętym i najwyraźniej właśnie otwartym. Już nigdy później nie uda mi się natrafić na porę, kiedy będzie czynny. Kiedy wracamy ze spaceru, oni właśnie się żegnają i wybierają … na spacer. Wypili copas, przyjaźnie na cały pobyt lub całe życie zostały już zawarte. Kiedy wracamy z kolacji, dopiero się zbierają do wyjścia. Całą grupą, jjak na Hiszpanów przystało, a dopiero co się poznali.

P mówi, – Pamiętaj, że w przypadku Hiszpanów, nawet, jeśli ich działanie jest ukierunkowane na jakiś cel, to niekoniecznie jest logiczne.

Pamiętam. Parę dni później siedzimy w barze Gambrinus. Knajpa załadowana po brzegi. Jest mecz. Gra, nie pamiętam, kto z kim. Ważne rozgrywki, jedne z tych, co je muszą zobaczyć wszyscy, żeby móc potem dyskutować przez cały tydzień lub nawet kilka. Jest głośno, wszyscy jedzą, piją i komentują przebieg meczu. Kiedy kończy się pierwsza połowa, trzy czwarte ludzi wstaje nagle od stołów, porzuca niedokończone kotlety, frytki i drinki i wybiega na zewnątrz. Gdzie idą? Nie wiadomo.

P mówi, Nie próbuj tego zrozumieć. Nie próbuję.

Share/Bookmark

Dowody Kolumba

07/01/2011, piątek

Brat Juan Perez polecił Kolumbowi przygotować na audiencję u królowej dowody na wsparcie Planu. Co stanowiło te dowody? W Porto Santo Kolumb prowadził lombard. Brał pod zastaw różne rzeczy, m.in. notatki żeglarzy, mapy wiatrów i prądów morskich. Jeszcze zanim poszedł do króla Portugalii pływał pięć lat po Atlantyku. Słuchał opowiadań innych żeglarzy, analizował dane, zbierał informacje. To był projekt jego życia.

Później, kiedy omawiał z królową warunki, poprosił o dwie rzeczy – o flotę i o zgodę na skorzystanie z portu na kanaryjskiej wyspie Gomera. Czemu właśnie Gomera? Skąś musiał wiedzieć i prawdopodobniej właśnie z Porto Santo, że na Gomerze wieją pomyślne wiatry.

Dowody jednak nawet jak na tamte czasy były szyte grubymi nićmi. Obwód Ziemi znano już od czasów greckich. Eratostenes obliczył go zaledwie z 1-procentowym błędem. Dlatego Rzymianie wymyślili znak w postaci kolumn Herkulesa z napisem Non Plus Ultra (dalej nie). Kolumny Herculesa znajdowały się u ujścia Cieśniny Gibraltarskiej i miały służyć za przestrogę dla żeglarzy. Uwaga, wypływacie z basenu bezpiecznego Morza Śródziemnego na niezmierzony Ocean Atlantycki. Ze znanym obwodem Ziemi Rzymianie wiedzieli, że nie było szans na bezpiecznie dopłynięcie do Indii.

Plan Kolumba opierał się na błędnych wyliczeniach, które zakładały że Ziemia była mniejsza niż w rzeczywistości jest.

Kolumb był fantastycznym żeglarzem, człowiekiem praktycznym i wspaniałym samoukiem. Brakowało mu jednak wykształcenia naukowego i podstaw teoretycznych. Był bardziej człowiekiem średniowiecza niż epoki nowożytnej, czuł się przede wszystkim instrumentem Opatrzności. Wierzył, że został oświecony, że Bóg wybrał go do spełnienia misji.

Dla wsparcia swojego projektu oparł się na tym, co było w jego czasach dostępne. Przeczytał Historia rerum ubique gestarum humanisty, polityka, poety i w końcu papieża Piusa II, swoiste podsumowanie wiedzy naukowej epoki.

Zapoznał się także z traktatem kosmograficzny Imago Mundi francuskiego kardynała Pierre d’Ailly. Ailly uważał, że istnieje symetria w rozłożeniu kontynentów. Teoria, którą przedstawił w Obrazie Świata, zakładała istnienie czterech kontynentów, dwóch na północy oraz dwóch na południu planety, albo, patrząc z innej perspektywy, dwóch na wschodzie i dwóch na zachodzie. Po stronie wschodniej globu kontynentem na północy była Europa, na południu Afryka. Po zachodniej stronie według d’Ailly powinny znajdować się kolejne dwa, północny czyli Azja i jeszcze jeden, nieznany, kontynent południowy.

Trzecim kluczowym źródłem informacji dla Kolumba miał być list, który w 1474 roku uczony florencki Paolo del Pozzo Toscanelli przekazał królowi Portugalii, poprzez swojego przyjaciela lizbońskiego kanonika Fernando Martins’a.

Paolo dal Pozzo Toscanelli był włoskim matematykiem, astronomem i kartografem. Pomagał między innymi w obliczeniach potrzebnych do konstrukcji kopuły Santa María del Fiore. Poczynił również spostrzeżenia co do komet i liczył ich orbity. Praktycznie jednak nie zostawił po sobie nic na piśmie. W liście do króla Alfonsa V uczony opisał najkrótszą drogę z Europy do Azji wprost przez Ocean Atlantycki. Do listu Toscanelli dołączył sporządzoną przez siebie mapę.

Toscanelli nie przez przypadek skontaktował się z królem Alfonsem V. Jego przyjaciel kanonik Fernando Martins, od lat zainteresowany badaniami włoskiego naukowca, wyjechał do Lizbony, aby podjąć pracę spowiednika portugalskiego króla. Portugalia była wtedy bardzo zaangażowana w proces odkryć geograficznych i od jakiegoś czasu prowadziła własne wyprawy wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki, by znaleźć drogę do Indii od tej właśnie strony. Opowieści spowiednika bardzo zainteresowały króla Portugalii i ten kazał sobie przysłać list ze szczegółami.

Kolumb prawdopodobnie otrzymał kopię słynnego listu od samego Toscanellego. Wyliczenia Włocha były głównym źródłem naukowych dowodów, jakie Admirał miał potem przedstawić na kastylijskim dworze.

Z dwóch pierwszych prac, które były encyklopediami ówczesnej wiedzy, i które Kolumb przestudiował dogłębnie — jak na to wskazuje 1800 przypisów na marginesach, Żeglarz doszedł do bardzo konkretnych konkluzji na temat biblijnych okolic, usytuowanych na krańcach Dalekiego Wschodu. Takich jak Raj na Ziemi, Ogrody Edenu, królestwo Saby, czy wyspa Amazonek, które szybko rozmieścił sobie w różnych miejscach Indii, bo tam dla niego znajdował się Daleki Wschód.

Od Toscanellego, który z kolei był kontynuatorem Marco Polo, Kolumb zapożyczył to, co dotyczyło Gran Kan, czyli kontynentu azjatyckiego, Ciamba (Chin) i przede wszystkim Cipango (Japonia), wyspy oddalonej od samego kontynentu o 1500 mil i słynnej ze swoich bogactw. Kolumb jednak nie zgadzał się z uczonym florentyńskim w kwestii odległości pomiędzy krańcami Oceanu. Toscanelli uważał, że odległość ta wynosi 120 stopni kuli ziemskiej (prawie dwa razy tyle, co w rzeczywistości) i pomimo, że sądził, że pomiędzy znajdują się jakieś wyspy, wyprawę uznał za zbyt ryzykowną. Z tego powodu Portugalczycy przestudiowawszy jego plan, odrzucili go i schowali do archiwum.

Kolumb jednak wiedział lub raczej wierzył, że Toscanelli się mylił.

Odkrywca uważał, że jeden stopień Ziemi równa się 56 i 2/3 mili. Zgadzał się w tym zakresie z innymi uczonymi. Twierdził także, że sam dokonał odpowiednich pomiarów w czasie swoich wielokrotnych morskich podróży. Tak więc obwód Ziemi wynosił według niego 20,400 mili. Kolumb jednak przeliczył mile na kilometry używając miary rzymskiej (jedna mila rzymska równała się 1,500 km), a nie arabskiej (która równa się około 2,000 kilometrów), błędnie zaniżając obwód Ziemi o jedną czwartą. To kolejny przypadek, który zadecydował o kształcie naszego świata i słynna kolumbowa pomyłka.

Pomiędzy 1483 a 1484 rokiem Admirał przedstawił powyższe wyliczenia Portugalczykom, ale oni je odrzucili. O wyliczeniach i Toscanellim wiedzieli dużo więcej niż Kolumb. Poza tym projekt nie wnosił nic nowego. Admirałowi pozostało jedynie szukać szczęścia w Hiszpanii.

W 1453 roku Turkowie zajęli Konstantynopol. Handel między Europą a Wschodem znacznie ucierpiał. Poszukiwano alternatywnych dróg dostaw do Europy złota, srebra i przypraw. Portugalczycy zbadali wybrzeże atlantyckie wzdłuż Afryki i dopłynęli aż do Przylądku Dobrej Nadziei. Nikt nie zapuścił się w głąb Oceanu ze względu na brak odpowiednich statków.

W tym kontekście pojawił się Kolumb, marynarz z Genowy, który wierzył, że można dopłynąć do Wschodnich Indii (rejony położone na południu i wschodzie Azji, obecnie Indie, Japonia i Chiny) drogą zachodnią, tzn. przepływając Ocean Atlantycki. Projekt opierał się na założeniu, że ziemia jest kulą. Koncepcja była już dobrze rozpowszechniona w kręgach naukowych, nie mniej jednak przesądy i wierzenia ludowe opierały się na założeniu, że Ziemia jest płaska utrzymywana przez cztery kolumny, cztery żółwie lub cztery słonie.

Share/Bookmark

Brama do Nowego Świata.

20/12/2010, poniedziałek

Ciąg dalszy o moim faworycie, teraz już Polaku :)

 (http://www.dailymail.co.uk/news/article-1333895/Christopher-Columbus-Polish-Portuguese-claim-historians.html).

(Pierwsza część wpisu tutaj )

Pomiędzy rokiem 1484 a 1485, po kolejnej odmowie sfinansowania projektu przez portugalskiego króla Jana II, Kolumb przyjeżdża do Hiszpanii. Udaje się prosto do franciszkańskiego klasztoru w Palos de la Frontera. W dniu, w którym zostaje tam przyjęty, odmieni się wszystko. Jego pech, jego życie, losy Hiszpanii i całego świata. Bo przecież do Palos, niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Hiszpanii, nikt nie przyjeżdża przypadkiem. Fenicjanie, Rzymianie, Wizygoci i Arabowie, wszyscy zdawali sobie sprawę z jej strategicznego położenia. W klasztorze widać między innymi ślady wcześniejszej twierdzy arabskiej, ale misteria na cześć bogów Baalad i Rabbad odprawiali tam już Fenicjanie.

Palos jest niewielkie i zawsze takie było, ale leży na zachodnim, atlantyckim wybrzeżu Hiszpanii, u ujścia rzeki Rio Tinto. To najlepszy port do wypraw na zachód. Brama na Atlantyk.

Kolumb też nie przyjechał tam przypadkowo. Był świadomy, że franciszkanie podróżowali razem z żeglarzami, aby spełniać pracę misyjną i dzięki temu dużo wiedzieli o nawigacji po Atlantyku. Zdawał sobie sprawę, że wyjeżdżali właśnie z klasztoru (i portu) w Palos, i że w tym właśnie klasztorze przebywał spowiednik królowej Isabeli.

Fran Juan Perez, wysoki urzędnik w królestwie Kastylii, przedstawił Kolumba przełożonemu klasztoru i znanemu astronomowi bratu Antonio de Marchena. Na przestrzeni kolejnych lat obaj zakonnicy odegrali kluczową rolę w powodzeniu kolumbowego przedsięwzięcia.

Na sukces złożyło się też wiele nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Sam Kolumb, doświadczony żeglarz i nawigator, był na tyle niewykształcony, żeby mógł bezwarunkowo uwierzyć w powodzenie swojego zamysłu. To tak jakby ktoś dzisiaj przekonywał nas, że dostanie się na koniec wszechświata, bo według jego wyliczeń to wcale nie jest aż tak daleko.

Przypadek pierwszy: w czasie jednej z podróży po Atlantyku statek Kolumba napadają piraci. Łódź tonie u wybrzeży Portugalii, a przyszłemu odkrywcy udaje się dopłynąć do brzegu. W końcu osiedla się w Portugalii, gdzie żeni się z córką włoskiego żeglarza. Ojciec Felipy Moniz de Perestrello, był ważnym urzędnikiem na portugalskim dworze i gubernatorem w Porto Santo na Maderze. Te koneksje otworzą przed Admirałem wiele drzwi.

Przypadek nr 2: Kolumb przenosi się wraz z rodziną na Maderę. Już od jakiegoś czasu kontempluje pomysł okrążenia świata i dopłynięcia do Indii Zachodnich. Porto Santo okazuje się idealnym miejscem do kontynuowania prac nad projektem. Na wyspie spotykają się żeglarze z całego świata, wymieniają się mapami, przypuszczeniami, domysłami. Kolumb rysuje razem z bratem Bartolome mapy, rozmawia z wielonarodowym profesjonalnym tłumem ludzi morza. Zaczyna klarować mu się plan. Nie mógł znaleźć się w lepszym miejscu. Na Maderze dowiedział się też o istnieniu klasztoru w Palos i o astronomie de Marchena.

Przypadek nr 3 – odmowy na dworach europejskich prowadzą go w końcu do brata Juana Pereza. Brat Juan razem z Antonio de Marchena od początku wspierają Kolumba. Zaangażowanie zakonników w przedsięwzięcie i przede wszystkim uzyskanie aprobaty króla Ferdynanda i królowej Izabeli okazuje się kluczowe dla projektu.

Przypadek nr 4 – dzięki zaufaniu jakie Isabela miała do brata Juana Pereza, temu udaje się w końcu namówić ją do udzielenia Kolumbowi audiencji.

Przypadek nr 5 – w czasie wyprawy Kolumbowi udaje się stosunkowo łatwo zażegnać niebezpieczny bunt. Niewiele później zresztą sternik zauważa ląd. Co więcej, ląd nie jest znajduję się tam, gdzie być powinnen, ale dużo wcześniej, bo – czego Kolumb nie dowie się już przed śmiercią, – w rzeczywistości wcale nie jest tą ziemią, której on szukał.

Share/Bookmark

Nie-emigracja

16/12/2010, czwartek

Zaczynam od wyszorowania podłogi w kuchni. To takie archaiczne, ale nadal prawdziwe. Dalszy ciąg porządkowania, wyjeżdżania z domu, przeprowadzania się, już współczesny, następuje dalej. Pakuję pudła, wynoszę meble, śmieci. Szukam usprawiedliwień dla własnej mani zbieractwa. Przez prawie 10 lat odmawiałam sobie na własne życzenie komfortu żyjąc wśród starych mebli, zużytych ubrań, papierów ze studiów i – o zgrozo, jeszcze z liceum. Miałam to tak dobrze pochowane, poutykane po kątach, pod łóżkami, za szafą, za kanapą, a nawet na lodówce.

To, co następuje potem – pudła, pudła, pudła, piwnica, pudła, śmietnik, – jest nudne jak wiele współczesnych rzeczy. Gdzieś głęboko pod tym jednak, pod koniec dnia i po wielu rundach piwnica – mieszkanie, mieszkanie – śmietnik, śmietnik – samochód, lub innych wariacji trasy wokół tych czterech punktów, dzieje się we mnie coś bardzo autentycznego. Porządek w przestrzeni zaczyna przekładać się na porządek we mnie. Czuję się, jakbym zrobiła sobie na ego głęboki peeling. Złuszczony naskórek w postaci połamanych kubeczków, które a nuż któregoś dnia, pojedynczych skarpetek, które może kiedyś, za ciasnych spódniczek czekających na parę kilo mniej kiedyś tam w przyszłości; ten złuszczony naskórek wynoszę systematycznie na śmietnik.

Potem przychodzą oglądać moje mieszkanie. Jacyś obcy ludzie, Polacy, Wietnamczycy, znowu Polacy. Mierzą wzrokiem, oceniają, krzywią się na rysy na ścianie. Jeszcze potem przyjeżdżają po stół, zabierają go w południe. Stary, drewniany stół z dużego pokoju, na którym… I to już jest jak dekompletowanie mnie samej. Odkręcanie rąk, nóg, szyi od kadłuba mnie. Aż, kiedy jest po wszystkim, kiedy wyjechały stoły, pudła, worki i na podłodze w salonie została jedynie pięknie opakowana europaleta, czuję się odarta z siebie do samych kości. Jeszcze parę dni tej przeprowadzki, a zaistniałabym jedynie na planie astralnym. Mgiełka energii, bez ciała, rzeczy, materii.

Gdzie jest mój dom? Tam, tu, gdzieś po drodze? A może nie mam go już w ogóle? Co znaczą te pytania i czy w ogóle mają sens? Czy tylko ja tak to przeżywam, analizuję, czuję potrzebę rozkładania na elementy pierwsze, szukania zależności, pozornych reguł i głębszego porządku? Czy tylko ja spędzam na rozmyślaniu nad drogą więcej czasu niż na samą drogę? Czy drogą nie jest również rozmyślanie nad nią?

Myślę o tybetańskich astrologach i jaką ulgę w moim podróżowaniu przyniosłoby mi ich horoskopy. Bo moje podróżowanie jest ciągłym pytaniem o kierunek, porównywaniem map, czytaniem przewodników, sprawdzaniem trasy i prognozy pogody. Gdyby tak wiedzieć i móc się pogodzić. Co ma być, będzie.

Emigracja. Takie dziwne słowo. Jedna z tych odstraszająco brzmiących etykietek o silnych skojarzeniach i wytartych znaczeniach. Hiszpania nie jest dla mnie emigracją. To nie-emigracja.

Share/Bookmark